„Biegając boso” Amy Harmon

Twórczość Amy Harmon kojarzy mi się przede wszystkim z fantastyką. Tymczasem trafiła w moje ręce jej pierwsza książka – „Biegając boso”, która z fantastyką nie ma nic wspólnego. Tytuł trafił zasłużenie na listę bestsellerów New York Timesa. Jeśli macie wrażliwe dusze, lubicie muzykę i jej głębię, rozsiądźcie się wygodnie – ta książka jest dla Was!

„Biegając boso” jest powieścią obyczajową, która rozgrywa się w Levan niewielkiej miejscowości w stanie Utah. Na pierwszym planie mamy dwójkę bardzo różniących się bohaterów. Najpierw obserwujemy ich przyjaźń w dzieciństwie, a później… później widzimy, jak na siebie reagują, kiedy spotykają się po latach.

Przyjaźń z muzyką w tle

Kiedy poznajemy Josie, to chociaż jest dopiero trzynastolatką, jej umysł jest dużo dojrzalszy. Bardzo wcześnie straciła matkę i musiała przejąć jej obowiązki. Jej ucieczką od rzeczywistości były książki, aż pewnego dnia zrozumiała, że tym, co jest jej największą pasją, jest muzyka. Wydawałoby się, że w tak spokojnym miasteczku, jak Levan wszystko będzie toczyło się utartym torem, a życie Josie zawsze będzie wyglądało tak samo. Aż w szkolnym autobusie przydzielono jej miejsce obok Indianina z plemienia Nawaho – Samuela Yazziego. Chłopak jest pełen goryczy i żalu, odsuwa się na bok, łatwo wybucha. Zupełnie nieświadoma tego Josie stopniowo kruszy mur Samuela za pomocą książek i muzyki.

Książka, w której usłyszycie muzykę

Podczas lektury niemalże można usłyszeć muzykę, jaką gra i o jakiej opowiada Josie. Jest w tym tyle wrażliwości, że nie da się pozostać obojętnym. Ciekawym akcentem powieści są fragmenty związane ze stylem życia Indian Nawaho. Są legendy, wierzenia, tradycje. W trakcie czytania jest nie tylko jedna główna treść. Można odnieść wrażenie, że dużo więcej skrywa się między wierszami. Nie da się tego jednak opisać słowami. Jest to coś, co bardziej przypomina subtelną pajęczą nić, którą można przede wszystkim poczuć, przeżywać. Ze swojej strony książkę polecam, bo zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie.

„Przeszłam na paluszkach z kuchni do pokoju, w którym, jak sądziłam, powinno stać pianino. Było ogromne, czarne i błyszczące. Pokrywa stała podniesiona, a ławka była wykonana z gładkiego hebanowego drewna. Desperacko zapragnęłam na niej usiąść i przejechać palcami po klawiaturze. I tak zrobiłam. Wślizgnęłam się na ławkę i delikatnie położyłam dłonie na lśniących bielą klawiszach. Po kolei naciskałam każdy z nich, rozkoszując się dźwiękiem pojedynczych, czystych tonów”.