Beata Zdziarska „Szepty sumienia”

Miałam przyjemność przeczytać drugą powieść Beaty Zdziarskiej – „Szepty sumienia”. Podobnie jak poprzednia książka, stanowi słodko-gorzką lekturę, pełną refleksji i…wyrzutów sumienia. Pojęcie efektu motyla jest znane od lat, ale czy zastanawialiście się kiedyś, jak kilka sekund może rzutować na całe dalsze życie?

Magda i Michał kupują piękne mieszkanie w zaskakująco niskiej cenie. Młoda właścicielka sprzedaje je tanio i niewiele mówi o sobie i swojej rodzinie. Jednak w jej oczach widać skrywany smutek. Co wydarzyło się w tym domu? Magda znajduje odpowiedź w dziennikach, które leżą w piwnicy, a które spisane były ręką ojca dziewczyny.

Zakurzony dziennik, który skrywa tajemnicę

Z dziennika wyłania się spokojna rodzina inteligentnego akademickiego profesora. Wszystko układa się świetnie, a w pracy możliwy będzie awans. Jedna chwila przekreśla całą harmonię, a kłamstwa i wyrzuty sumienia przekładają się na całe funkcjonowanie mężczyzny. Dzienniki są coraz bardziej przygnębiające, przepełnione cierpieniem. Jak silne zdarzenie losowe musiało dotknąć tę rodzinę, skoro w profesor zaczyna mieć schizofreniczne objawy? Jak w ogóle można wyjść z tej matni, w którą przewrotny los wrzucił go w ciągu chwili?

Prosta i refleksyjna powieść

Książka jest napisana przyjemnym językiem, więc czyta się ją szybko i prosto, choć paradoksalnie wcale nie jest prosta. Wręcz przeciwnie. Pokazuje, jak łatwo można stracić budowane przez lata poczucie bezpieczeństwa. „Szepty sumienia” to jedna z tych pozycji, która przyciąga przez swoją prawdziwość. Trudno się od niej oderwać, choć niekoniecznie wprowadza nas w optymistyczny nastrój. Na co dzień często zastanawiamy się przed podjęciem kolejnej decyzji. Co by było, gdyby… chyba nie ma osoby, której tego typu myśli nigdy nie nawiedzały. W „Szeptach sumienia” wystarcza moment, nawet nie decyzja, moment i świat rodziny wywraca się do góry nogami. Czy wyrzuty sumienia wygrają?

„O czym tym razem pisał tajemniczy autor? Otworzyłam zeszyt na chybił trafił i przeczytałam jedną stronę. Potem kolejną. Wstrzymałam oddech. Poczułam, jak przeszywa mnie dreszcz dziwnych emocji. To nie były notatki z lektur. Trzymałam w dłoniach dziennik. Tylko czyj? Kto go pisał? Pobieżna lektura kilku przypadkowych kartek nie pozwoliła mi zidentyfikować właściciela. Początkowo sądziłam, że zapiski należą do Justyny, jednak męska forma czasowników szybko zweryfikowała to przypuszczenie”.


Książkę objęłyśmy patronatem medialnym: