Barbara Rybałtowska „Szkoła pod baobabem”

Niedawno zapowiedziałam recenzję drugiej książki Barbary Rybałtowskiej, dlatego dzisiaj chcę zaprezentować tytuł „Szkoła pod baobabem”. Kojarzy się z Afryką, prawda? I tam właśnie jest osadzona zdecydowanie większa część akcji.

Przy okazji książki „Bez pożegnania” zaznaczałam, że druga część jest lżejsza, jeżeli chodzi o odbiór, ale czytanie musi odbywać się po kolei. Nadal się tego trzymam, bo chociaż „Szkoła pod baobabem” pod wieloma względami się różni, to wciąż stanowi kontynuację podróży i opowiada o próbie powrotu do Polski.

Różnice między pierwszą i drugą częścią

Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, kiedy otworzyłam książkę, to zmiana narratorki. Wcześniej była nią Zosia, teraz jej córka Kasia. Ponieważ historia jest opowiadana z perspektywy dziecka, jest wiele zabawnych dialogów i momentów. Dzięki temu już na wstępie historia staje się przyjemniejsza w odbiorze. Jest to tym bardziej ważne, że wciąż Polacy są daleko od ojczyzny, gdzie próbują jakkolwiek poskładać swoje życie, wierząc, że jeszcze zobaczą swój kraj.

To, co mi się szalenie podobało, to opisy. W „Bez pożegnania” były dla mnie trudne, czasem nie do przejścia. Aż czuło się cierpienie. W „Szkole pod baobabem” wręcz przeciwnie – gorący afrykański wiatr, czarna ziemia, zaskakująca fauna i flora. Mimo osobistych dramatów bohaterów, wciąż pozostawałam pod wrażeniem przyrody.

W Afryce

Aby zbyt wiele nie zdradzić, kilka słów na temat samej fabuły. Razem z Armią Andrersa Zosia i Kasia przedostają się do Afryki, do Ugandy. Tam też jest więcej uchodźców i powstaje obóz. Z czasem zostaje otwarta szkoła. Pomimo tego, że Kasia jeszcze nie jest w wieku szkolnym, dzięki swojemu sprytowi zasila szeregi uczniów. Czas mija, a nadal nie można wyjechać do Polski. Na odległość są śledzone losy rodaków, każdy wypatruje końca wojny. Czy, kiedy nadarzy się okazja, Kasia będzie chciała wyjechać?

„Chłopcy szybko wdrapywali się pod górę i ledwie mogłyśmy za nimi nadążyć. Trawa słoniowa była twarda, ślizgały się po niej psie pazury i nasze buty. Mieliśmy podrapane nogi. Dopiero po godzinie byliśmy na szczycie. Tutaj Kruczek odzyskał humor. Zaczął biegać jak szalony, zataczając wokół nas duże koła.

Z trzech stron widać było jezioro. Domki osiedla, ustawione w równiutkich rzędach, wyglądały jak miasto dla lalek. Po drugiej stronie góry, pośród liści palmowych chowała się wieś murzyńska. Od tej strony, gdzie nie było jeziora, rozpościerała się dżungla”.


Za książkę do recenzji dziękujemy: