„To my” Jordana Peele’a – cienie wychodzą z ukrycia

„To my” („Us”) to drugi film Jordana Peele’a, znanego nam z bardzo udanego „Uciekaj!” („Get Out”), nagrodzonego Oscarem za najlepszy scenariusz oryginalny. Reżyser ponownie sięga po stylistykę horroru, by zabrać głos w sprawach społecznych. Czy tym razem również udało mu się zmienić kino grozy w zaangażowane społecznie dzieło, które jest pretekstem do podjęcia rozmowy o ważnych sprawach?

UWAGA! Tekst zawiera spoilery!

https://www.filmweb.pl/film/To+my-2019-816982/posters

 Jordan Peele w „To my” tworzy bardzo złożony i niejednoznaczny obraz, który możemy interpretować na wiele sposobów. Reżyser ponownie postanawia zadziwić swoich odbiorców niekonwencjonalnym podejściem do gatunku, jakim jest horror. Tak jak w wypadku jego pierwszego dzieła „Get Out”, widz ma zostać sprowokowany do myślenia. Historia intryguje nas od początku, ponieważ oparta jest na ciekawym koncepcie, który zostaje nam zdradzony już w zwiastunie filmu. Poznajemy czteroosobową rodzinę Wilsonów (matkę – Adelaide, ojca – Gabe’a, córkę – Zorę i najmłodszego syna – Jason’a), która wyjeżdża na wakacje. Ich spokój zostaje jednak szybko przerwany, ponieważ wieczorem, przed ich domem pojawiają się intruzi. Jak się szybko okazuje, chcą oni skrzywdzić Wilsonów. Szokujące jest jednak to, że nieproszeni goście są sobowtórami naszych bohaterów.

„To my” na podstawowej płaszczyźnie jest świetnym, trzymającym w napięciu horrorem. Pojawiają się w nim elementy humorystyczne, które doskonale rozładowują napięcie. Również muzyka użyta w filmie zasługuje na uwagę. Podbija znakomicie sceny grozy i wzmacnia wątki komediowe.

Jesteśmy Amerykanami!

Jordan Peele w „Us” tworzy przede wszystkim horror zaangażowany, który staje się społecznym komentarzem, satyrą. Na plan pierwszy wychodzi aspekt nierówności społecznej, płciowej czy rasowej. Sam podział na tych z dołu – cieni, poplątanych, którzy pozbawieni są głosu, pokazuje problem klasowości. Podkreśla, że to, jak potoczy się nasze życie, zależy tak naprawdę od miejsca, w jakim się urodzimy. Ta druga, uprzywilejowana grupa z góry ma wszystko. Dobre jedzenie, dostęp do edukacji, a przede wszystkim głos i życie na powierzchni.

Film otwiera scena, w której wspomniana jest słynna akcja charytatywna „Hands Across America” z 1986 roku. Polegała ona na stworzeniu łańcucha z ludzkich dłoni, w ramach protestu przeciw ubóstwu. Performance zakończył się jednak ogromną porażką ze spodziewanych 50 milionów dolarów, udało się zebrać zaledwie 15. Dodatkowo poczucie klęski podkreślał fakt, jaki wymiar symboliczny zyskała akcja. Okazała się ona bowiem pustym gestem i pokazała, jak powierzchownie potraktowano problem wykluczenia ekonomicznego przez rząd amerykański. Przypomnijmy, że Regan (ówczesny prezydent USA) obciął fundusze na pomoc ubogim. Jednocześnie bardzo chętnie przyłączył się do wspomnianej akcji, zamiast skupić się na rozwiązaniu systemowym problemu, wsłuchaniu się w potrzeby najbiedniejszych i realnej pomocy.

Przypomnijmy sobie scenę z „To my”, w której udajemy się do domu Tylerów (są to przyjaciele głównych bohaterów). Widzimy tam, jak Josh Tyler siedzi wygodnie na fotelu z drinkiem. Jego spokój zostaje przerwany, gdy pojawia się żona zaniepokojona dziwnymi dźwiękami dobiegającymi z zewnątrz domu. Prosi ona męża o sprawdzenie tego, co może być powodem hałasu. Najważniejsza jest tutaj odpowiedz Josha. Stwierdza on bowiem, że za bardzo mu wygodnie, by wstać i sprawdzić co się dzieje. Poza tym, jako człowiek majętny ma dom wyposażony w najnowszą technologię, więc myśli, że nic im nie grozi. Nie decyduje się tym samym na wykonanie żadnego ruchu, czy podjęcie działania. Kilka sekund później jego cała rodzina wraz z nim zostaje zamordowana.

Scena ta staje się świetnym komentarzem odnośnie sposobu myślenia i postępowania, jakim kieruje się klasa średnia. Charakteryzuje ją przede wszystkim brak działania oraz zainteresowanie światem zewnętrznym. Bierność i ignorancja, jak pokazuje Peele, zdaje się skutkować niedostrzeżeniem niebezpieczeństwa, które może nadejść w każdej chwili. Szczególnie wtedy, gdy do głosu dojdą ci, którzy zostali zepchnięci na margines, pozostawieni bez pomocy i wsparcia.

Uczta dla fanów kina grozy!

„To my” oprócz komentarza społecznego, pełny jest odniesień do popkultury. Wielbiciele horrorów będą zachwyceni bogactwem odniesień, po jakie sięga Peele. Widać jego ogromną miłość do tego gatunku oraz wiedzę, którą posiada w tym temacie.

Wystarczy sięgnąć po jedną z początkowych scen. Wilsonowie spędzają czas na plaży wraz z zaprzyjaźnioną rodziną Tylerów. Jest gorąco, tłocznie. Adelaide jest bardzo zdenerwowana, czuje się niekomfortowo na plaży, jakby wyczuwała zbliżające się zagrożenie. Nagle z jej pola widzenia znika Jason. Przerażona wpada w panikę. Nerwowo biega między leżakami, wykrzykując imię syna. Napięcie zostaje jednak szybko rozładowane. Okazuje się, że chłopiec udał się do toalety. Nic mu nie jest.

Cała konstrukcja tej pozornie zwyczajnej sceny okazuje się nawiązaniem do filmu „Szczęki” z 1975 roku w reżyserii Stevena Spielberga. Jason ma na sobie koszulkę z tego filmu, co już nam, widzom, podsuwa pewien klucz interpretacyjny. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało w tamtym klasyku.

Szeryf Martin Brody spędza czas z rodziną, wypoczywając nad oceanem. Wcześniej jednak dostaje informację odnośnie tego, że zginęła młoda dziewczyna, rozszarpana przez rekina. Jego pomysł odnośnie zamknięcia plaży zostaje szybko stłumiony przez burmistrza, który stwierdza, że miasto żyje z turystów, więc zamknięcie kąpieliska jest niemożliwe. Poza tym w okolicy nigdy nie dochodziło do ataków rekinów na ludzi, dlatego ostatnią ofiarę musiało spotkać coś innego (najprawdopodobniej popłynęła za daleko i zabiła ją motorówka). Jako że szeryf od niedawna pełni swoją funkcję w nadmorskim miasteczku, przyjmuje argumenty burmistrza. Jednak, gdy w wolnej chwili sam z żoną i dziećmi znajduje się na plaży, czuje niepokój. Obserwuje kąpiących się ludzi, jakby oczekując, że zaraz dojdzie do jakiejś tragedii. I tak też się staje. Rekin atakuje chłopca, po którym zostają tylko resztki żółtego materaca, na którym pływał.

Widzimy tutaj, jak Peele świetnie przełożył atmosferę sceny na plaży ze „Szczęk” na tę z „To my”. Możemy tutaj też po raz pierwszy zobaczyć cień (poplątanego), który wyszedł na powierzchnie. Chłopiec, gdy podbiega do niego matka, stoi koło postaci z zakrwawionymi rękoma. Osoba ta wygląda na bezdomnego, dlatego też nikt nie zwraca na niego uwagi. Dochodzi więc tutaj do pierwszej konfrontacji ze zbliżającym się niebezpieczeństwem, z którego jeszcze nikt sobie nie zdaje sprawy.

Film pełen jest odniesień do starego kina grozy. Widzimy jak w jednej scenie na szafce leżą kasety VHS. Jedną z nich jest ta z horrorem C. H. U. D. Mówiąc ogólnie ten klasyk kina monster movie, opowiada o potworach wychodzących z kanałów, które mordują ludzi. Jednak rząd próbuje wyciszyć sprawę i nie dopuścić do tego, by opinia publiczna dowiedziała się o tych zdarzeniach. Możemy zauważyć, że „To my”, wykorzystuje podobny motyw bestii wyłaniających się z podziemi.

Oglądając film warto zwracać uwagę na szczegóły. Powtarzające się liczby, zapowiadające pojawienie się bliźniaków/cieni. Króliki w klatce, przywodzące na myśl eksperymenty, motyw bardzo istotny dla rozwiązania filmu i wiele innych.
Czy aż tak genialny?

Jordan Peele stworzył świetny horror. Jedynym jego minusem jest zaproponowane przez niego rozwiązanie zagadki tego, skąd się wzięły „cienie”. Wykłada on wszystko bardzo bezpośrednio, zamiast zostawić większy wybieg dla kilku ścieżek interpretacyjnych. Najprawdopodobniej wynika to z niezrozumienia, z jakim przyszło zmierzyć się Peele’owi w przypadku jego pierwszego filmu „Uciekaj!”. Docenili go krytycy, którzy wyłapali wszelkie smaczki, nawiązania i metaforyczne znaczenia. Jednak duża grupa osób bez szczerszego kontekstu nie zrozumiała zamysłu reżysera.

Mimo pewnego rozczarowania wywołanego końcówką filmu jest on zdecydowanie wart obejrzenia. Oprócz świetnej rozrywki stawia pytania swoim widzom, udowadniając, że horror to nie tylko krew, flaki i potwory.