Sorrentino – dekadencki, zmysłowy, zachwycający

Pod koniec 2018 roku do polskich kin wszedł najnowszy film Paola Sorrentino „Oni”. I chociaż nie jestem przekonana, czy dorównuje innym wybitnym dziełom włoskiego reżysera, to z całą pewnością nie można mu odmówić znamion kinowego majstersztyku.

Film opowiada o Silvio Berlusconim, nieprzyzwoicie bogatym biznesmenie i zarazem byłym premierze Włoch; postaci mocno kontrowersyjnej. Skazany za seks z nieletnią, oskarżany o korupcję, potrafił zjednywać sobie ludzi dzięki wrodzonej charyzmie, a nawet ujawnić romantyczny aspekt swojej osobowości, tworząc ballady, które zostały wydane w 2006 r. w formie płyty, z muzyką Mariano Apicellego. Człowiek renesansu z władzą, koneksjami, olbrzymim majątkiem liczonym w miliardach dolarów i magnetyczną osobowością – jednym słowem wymarzony bohater filmu.

W rolę Berlusconiego u Sorrentino wcielił się znakomity Toni Servillo znany również z innych filmów tego reżysera, „Wielkiego piękna” i „Boskiego”. Jego wersja charakterystycznego uśmieszku włoskiego skandalisty przebiła oryginał. Nie sposób oderwać wzroku od szelmowskiego grymasu, który kojarzy się nieco z demonicznym uśmiechem Ala Pacino w „Adwokacie diabła”.

„Oni” są włoscy do szpiku kości. Film wibruje silnymi emocjami, erotyzmem. Muzyka porusza. Sensualność obrazu sprawia, że dosłownie czuć zapach skórzanych obić kanap i drogich perfum, cierpki smak czerwonego wina i morską bryzę podczas rejsu luksusowym jachtem. Ten film po prostu żyje. Podobna zmysłowość charakteryzuje także inne dzieła Paola Sorrentino, jak choćby „Wielkie piękno” czy „Młodość”.

„Wielkie piękno” (2013 r.)

„Wielkie piękno” było pierwszym filmem Paola Sorrentino, jaki widziałam. Przez ponad dwie godziny jak oczarowana wpatrywałam się w kinowy ekran. Pierwsza myśl – oglądanie filmów tego reżysera w domowych pieleszach to po prostu zbrodnia na sztuce. Ceny biletów w kinach, zwłaszcza w multipleksach, doprowadzają mnie do szału, ale tym razem nie pożałowałam ani złotówki. Ba, bez mrugnięcia okiem dopłaciłabym drugie tyle, żeby ponownie zanurzyć się w zniewalających obrazach włoskiego artysty. Peany pochwalne należą się nie tylko Sorrentino. Za magię wspaniałych zdjęć jest odpowiedzialny Luca Bigazzi, bez którego nie powstałoby coś tak wyjątkowego.

O czym jest „Wielkie piękno”? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Bohaterem filmu jest mocno wiekowy dziennikarz, który krąży po Rzymie w poszukiwaniu… No właśnie, czego? Sensu życia? Raczej niekoniecznie. Nie wygląda na człowieka, który jeszcze w wierzy w to, że życie może mieć jakikolwiek sens. Bez wątpienia jest koneserem piękna, ale koneserem pozbawionym entuzjazmu, ewidentnie znudzonym. Kimś, kto zmierza już tylko do celu ostatecznego, jakim jest śmierć. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie, traci blask, staje się pożegnaniem.

„Wielkie piękno” nie reprezentuje lekkiego kina dla każdego. Zdecydowanie jest kierowane do widza dojrzałego, skłonnego do refleksji. Jednak nie przytłacza swoim egzystencjalnym ciężarem, nie nudzi, nie męczy. Mnie zachwyciło.

„Młodość” (2015 r.)

Po dwóch latach miałam przyjemność obejrzeć kolejną produkcję… Nie, słowo „produkcja” w odniesieniu do Paola Sorrentino jest niemal bluźnierstwem. „Młodość” to arcydzieło filmowe o ogromnej wartości artystycznej. A z jaką obsadą! Grają tam m.in. rewelacyjny Michael Caine, nie mniej utalentowany Harvey Keitel, elektryzująca Rachel Weisz i fantastyczna Jane Fonda.

Akcja toczy się w luksusowym kurorcie w szwajcarskim Davos. Bohaterowie należą do filmowo-muzycznej bohemy, która ma za sobą lata świetności. Tytuł jest przewrotny, bo film równie dobrze mógłby się nazywać „Starość” i byłoby to nawet bardziej adekwatne. Główne postaci to starsi panowie wspominający świetlane czasy młodości. Głębokie rozmowy o życiu i śmierci przeplatają się tam z trywialnymi pogawędkami, na przykład ze starczym narzekaniem na problemy z pęcherzem. Tworzy to komiczny efekt i nie pozwala widzowi znużyć się silnie nostalgicznym klimatem „Młodości”.

Filmy Paola Sorrentino są naznaczone nawet nie nutką, a solidną dawką dekadencji. Z ewidentnie złośliwą przyjemnością reżyser ukazuje w nich pełne zepsucia życie tak zwanych elit. Seks, narkotyki, żądza władzy i bogactwa – to wszystko można u niego znaleźć w dużych ilościach, ale podane w sposób daleki od wulgarności tak typowej dla polskich czy amerykańskich produkcji. Ze smakiem i ironicznym dystansem.

Nie bez znaczenia dla wartości artystycznej filmów Sorrentino pozostaje fakt, że w każdym z opisanych przeze mnie obrazów reżyser oddaje hołd sztuce. Bohaterowie są zdemoralizowani, ale twórczy. Śpiewają, grają na instrumentach, malują, tańczą, piszą, reżyserują. Przy tym Sorrentino wyraźnie i dowcipnie oddziela znawców sztuki od bezmyślnych snobów nieudolnie starających się uchodzić za erudytów (swoją drogą, ma facet talent do obnażania ludzkich słabostek).

Mogłabym tak w nieskończoność „achać i ochać” nad Sorrentino, jednak, z szacunku do granic cierpliwości osób to czytających, spróbuję się powstrzymać. Mam nadzieję, że to, co napisałam do tej pory, jest wystarczająco zachęcające.