Przedpremierowa recenzja: „Tranzyt” – Christian Petzold

„Tranzyt” Christiana Petzolda przypomina niewygodną prawdę o żyjących obok nas imigrantach. Dzięki specjalnemu zabiegowi przeplatania historii z teraźniejszością widzowi trudno pozostać obojętnym na permanentny znak wszystkich czasów.

Wkroczenie do Francji nazistowskiej armii nieuchronne zmierzającej w kierunku Paryża popycha Georga (Franz Rogowski) do ucieczki. Przypadkowe wejście w posiadanie dokumentów oraz niewydanej dotąd książki zmarłego pisarza (notabene fizycznie łudząco podobnego) wplątuje go w sieć powiązań i – jak się okaże – zależności. Mężczyzna chwilowo zatrzymuje się w Marsylii, ale tutaj również narasta strach spowodowany oczekiwaniem na pojawienie się wrogich wojsk. Niepokój i podejrzliwość przybyszów, nieustanne ścieranie się z obojętnymi urzędnikami, biurokratyczną machiną oraz immanentna niepewność sprowadzają życie podobnych sobie uchodźców do wegetacji. Ze stanu apatii Georga wyrywa przypadkowa kobieta – jednak czy przypadki w ogóle istnieją?

Byle przetrwać

Napotykane przez bohatera postaci podobnie jak on są w mieście „na chwilę”;  każdy ma do opowiedzenia pewną historię, skądś przybywa i zmierza dalej, traktując Marsylię jak przystanek. On sam korzystając z wizy pisarza, którego tożsamość przyjął, pragnie dostać się do Meksyku. Podróż komplikuje fakt, iż piękna nieznajoma (Paula Beer) jest żoną człowieka, za którego ten podaje się.  Co więcej, Marie dowiaduje się, że jej mąż przybył do portowego miasta, bowiem ślady pozostawiane przez Georga wyraźnie na to wskazują.

Naczelnym tłem dramatu jest ucieczka. Mimo odniesień do marsylskiej rzeczywistości, wspomnień o Paryżu i wizji nowego życia w Ameryce, film Petzolda nie potrzebuje ram konkretnych miast – miejsc oraz czasu. Treść, którą reżyser pragnie przekazać widzowi jest uniwersalnym przekazem o strachu, napięciu i bezwzględnych (choć bez premedytacji) próbach przetrwania każdego człowieka, którego dotyka dramat ucieczki. Nie sposób także nie zauważyć podobieństwa między wojennymi eskapistami a obecnymi uchodźcami, którzy przez wzgląd na daną sytuację polityczną zmuszeni są szukać schronienia na obczyźnie.

Specyficzny rodzajowy aliaż historii może początkowo przysparzać problemu z odbiorem, lecz ma w tym swój istotny cel. Choć dialogi oraz sugestie przemawiają za wydarzeniami II wojny światowej, sceneria skłania widza ku teraźniejszości. Połączenie i przenikanie się różnych płaszczyzn czasowych świadczy o powszechności podjętego problemu. Osobiście uważam zabieg za ciekawy, zasadny  i wprowadzony bez zarzutu.

Tym, co niestety przeszkadza, jest oryginalna próba artystyczna na polu narracyjnym. Z czasem dowiadujemy się, iż narratorem wielu wydarzeń jest barman z lokalnej restauracji, jednak eksperyment pozostaje nie bez zgrzytu: tendencja do opowiadania widzowi bieżących zdarzeń nie jest poprowadzona przez całą fabułę, pojawia się wyłącznie ad hoc i nie stanowi koniecznego zabiegu, momentami ciąży. Dodatkowo włączona doraźnie poetycka dialektyka nie nadaje lekkości ani nie wzrusza, wręcz sprawia wrażenie niepasującej. Zbyt wiele nowatorskości, spore spiętrzenie zastosowanych pomysłów nieco odziera z siły rażenia treścią i przypomina naczelną prawdę, że „mniej znaczy więcej”.

„Tranzyt” jest interesującym przypomnieniem tragizmu losu uchodźców. Akcentuje okropieństwo nieprzemijającego napięcia, potworność oczekiwania i poszukiwania, co zresztą dobitnie podkreśla ostatnia, niedopowiedziana scena.

Warto zaznaczyć, że film powstał na bazie antyfaszystowskiej, podyktowanej własną historią opowieści Anny Seghers o tym samym tytule.

W polskich kinach widzowie będą mogli zobaczyć ten doceniany i nagradzany obraz już niebawem, 3 maja.

 

 

 


Za możliwość obejrzenia i zrecenzowania filmu dziękujemy:

 

 

  • Grazyna st.

    Ciekawa recenzja.