Departament Q na srebrnym ekranie – „Zabójcy bażantów” w wersji kinowej

7682843.3Filmowe adaptacje to dla fanów książek często szczęście i koszmar w jednym. Czytając książkę mamy swoje wyobrażenie postaci (również typowo wizualne), nasza wyobraźnia odgrywa kolejne sceny z książki zgodnie ze swoim pomysłem. Oglądając film jesteśmy zmuszeni do zaakceptowania wizji jego reżysera. Zanim sięgnęłam po książkę „Zabójcy bażantów”, widziałam w kinie plakaty reklamujące film o tym samym tytule. Jako, że nie jestem fanką duńskiego kina, nie zwrócił on szczególnie mojej uwagi. Gdy jednak trafiłam na znakomicie napisaną historię autorstwa Jussiego Adlera-Olsena, przypomniało mi się, że gdzieś tam mignął mi przed oczami film o tym samym tytule. Internet przyszedł z pomocą i za chwilę wiedziałam czego szukać w wypożyczani VOD. Pełna obaw zasiadłam do oglądania trwającego prawie dwie godziny filmu, w domowym zaciszu.

Departament Q to miejsce, w którym nie ma przedawnionych spraw. Do detektywa Carla Mørcka (Nikolaj Lie Kaas) i jego asystenta Assada (Fares Fares) trafiają najtrudniejsze i najbardziej nietypowe sprawy. Któregoś wieczoru Mørck zostaje zaczepiony przez byłego policjanta, proszącego o pomoc w rozwiązaniu sprawy sprzed dwudziestu lat, zabójstwa jego dzieci. Tej samej nocy ów policjant zostaje znaleziony martwy w wyniku samobójstwa, które popełnił, a w jego mieszkaniu znajduje się tajemnicza paczka dokumentów, wycinków z gazet i notatek na temat zabójstwa bliźniąt. Sprawa z pozoru wyjaśniona, sprawca odsiedział wyrok i jest na wolności, jednak coś nie daje im spokoju. Poszukując prawdy trafiają na ślad tajemniczej Kimmie Lassen (Danica Curcic oraz Sarah-Sofie Boussnina w scenach retrospekcji), która okazuje się być kluczem do rozwiązania całej serii brutalnych zdarzeń, których sprawcy nigdy nie zostali złapani, a podejrzanymi są osoby należące do towarzyskiej śmietanki Danii.

Film jest dość luźną adaptacją książki, co może początkowo przeszkadzać jej czytelnikom. Zaskoczeniem mogą się okazać również pewne decyzje duńskiego reżysera, Mikkela Nørgaarda. Zrezygnował bowiem z niektórych, wydawać by się mogło, ważnych wątków powieści, a nawet jednego z głównych bohaterów, niektóre postaci są również nieco przerysowane.

Reżyser dość szybko ujawnia kto jest sprawcą zbrodni i pozwala widzowi obserwować proces udowadniania prawdy, a nie jej odkrycie. Widzimy jak para głównych bohaterów wraz z ich sekretarką Rose Knudsen (Johanne Louise Schmidt) odkrywają kolejne elementy układanki, by udowodnić brutalne hobby osób z najwyższych sfer.

„Zabójcy bażantów” to thriller, który trzyma w napięciu mimo tego, że sprawcy zbrodni są nam znani. Jest także znakomitym filmem sensacyjnym. Znajdziecie tu ukrywającą się od lat i planującą zemstę Kimmie oraz jej traumatyczną przeszłość. Zdeprawowanych, psychopatycznych milionerów, którzy dla własnej przyjemności są w stanie posunąć się bardzo daleko, a także skorumpowanych adwokatów, polityków czy policjantów.

Zdecydowanie mocną stroną filmu jest duet, który stworzyli Nikolaj Lie Kaas i Fares Fares, przeżywający momenty słabości i poraniony przez życie outsider oraz jego asystent wprowadzający do filmu nieco humoru. Niestety reżyser nie uniknął błędów. Niektóre zbiegi okoliczności są zbyt naciągane a fabuła uproszczona. Reżyser bardziej wydaje się skupiać na tempie akcji i wywoływanych przez bohaterów emocjach (którym nie można nic zarzucić), niż na ekranowym realizmie.

Co prawda Nørgaard nie oferuje nam zbyt oryginalnej kryminalnej opowieści, jednak poprzez m.in. retrospekcje z młodości Kimmie i naświetlenie zdarzeń z jej szkolnych czasów, daje widzowi ogromną dawkę emocji. Z prostej historii o walce o dobro i prawdę,  „Zabójcy bażantów” przeistaczają się w opowieść o krzywdzie i zemście za przeszłość. Całości obrazu dopełnia bardzo zaskakujące zakończenie, którego jednak nie zdradzę. Jeśli nie czytaliście książki, to musicie poznać je sami.

Gorąco zachęcam Was do obejrzenia filmu „Zabójcy bażantów”, jeśli tylko potrzebujecie odrobinę odskoczni po ciężkim tygodniu pracy i poczuć ten dreszczyk emocji i niepewności na plecach.

Grafika pochodzi z portalu Filmweb