Przystanek chwili – Osobista teoria cierpienia

Dziś rozpoczynamy nowy cykl tematyczny na naszym portalu. „Przystanek chwili” będą tworzyć krótkie opowiadania inspirowane ludzkimi emocjami, znanymi każdemu z nas. Będziemy pisać zarówno o tych pozytywnych, krzepiących i przywracających pogodę ducha, ale też o tych trudnych i bolesnych, które nie znajdując ujścia kłębią się w nas czasami latami. „Przystanek chwili” to chwila dla nas na zatrzymanie się w biegu codzienności i zrobienie przerwy na krótką refleksję.

Cykl otwiera trudna historia o cierpieniu i pogodzeniu się ze stratą drugiego człowieka – czy w ogóle można poradzić sobie z żałobą – ten ból kiedyś mija całkowicie, czy tylko słabnie z czasem?

*****

Kulturantki_Przystanek Chwili_ŻałobaW końcu się budzisz. Nagle postanawiasz wynurzyć się na powierzchnię. Dociera do Ciebie, że wszystko przemija. Nie ma żadnego światełka w tunelu, a nadzieja okazuje się ulotna. Zaczynasz dostrzegać, że świat nie stanął.

Mówi się, że istnieją cztery etapy żałoby: zaprzeczenie, niewysłowiony żal, rozpacz, aż w końcu akceptacja. W której fazie znajduję się teraz? Gdybym spotkała człowieka, który wymyślił coś takiego, pogratulowałabym mu odkrycia. Pomimo faktu, że się pomylił. Człowiek jest słaby, ma prawo do popełniania błędów. Nie żywię zatem do niego urazy. Wprowadziłabym jednak małą korektę. A mianowicie – pozbyłabym się ostatniego etapu. Nie można pogodzić się ze stratą. Akceptacja to pojęcie nazbyt wyprzedzone. Nie ma takiej możliwości, aby zacząć żyć bez względu na przeszłość. Nigdy, ale to nigdy nie wmówicie mi, że można przestać kogoś kochać. Uczucia nie ogranicza żadna z barier. To metafizyka, coś co jest ponad śmiercią. Owszem, początkowo starasz się budować  bez konkretnego planu. Zaczynasz wszystko od początku, pragniesz wypełnić nagły nadmiar czasu. Tylko proszę, wytłumacz mi, w jaki sposób można zbudować coś na piasku? Możesz próbować do skutku, ale prędzej czy później wszystko runie. W pierwszych dniach Twoja budowla będzie sprawiała wrażenie mocno przytwierdzonej do ziemi, o bardzo dobrze skonstruowanej podstawie. Wiatr będzie lekko ją smagał, a żaden deszcz jej nie zaszkodzi. Taka właśnie byłam w dniu pogrzebu. Sprawiałam wrażenie powierzchownie silnej kobiety z niezależnym wnętrzem.  Ubrana byłam w czarną sukienkę, a włosy miałam wysoko upięte w kok. W ręku trzymałam bukiet czerwonych róż, związanych czarną wstążką. W pewnym momencie zaczniesz dostrzegać w swojej budowli wiele niedoskonałości. Nagle się wygnie i nachyli w przeciwnym kierunku, a potem niespodziewanie zacznie się kruszyć. Twoja budowla będzie stwarzała coraz większe zagrożenie. Szłam sama. Pamiętam, że nikomu nie pozwoliłam się zbliżyć. Za trumną poruszałam się wolno. Stawiałam krok po kroku w jednakowych odstępach. Nie płakałam. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednej łzy. Jakbym stała się pustynią. Nie posiadałam nic w środku. Nie miałam nic do zaoferowania publiczności. Wreszcie budowla z ogromnym hukiem wali się, a Ty możesz tylko na to patrzeć. Stajesz się obserwatorem własnego upadku. Samodestrukcji. I nie ma od tego żadnej ucieczki, żadnego przeskoku. Tkwisz w tym, jak w bagnie i nawet jeśli usiłujesz wyciągać ręce – nie otrzymujesz żadnej pomocy.

Żegnam go ostatnim spojrzeniem. Rzucam grudkę ziemi w głęboko wykopany otwór. Kładę bukiet czerwonych róż. Odwracam się napięcie plecami do trumny. Stawiam coraz szybciej kroki, aż w końcu zaczynam panicznie biec. Nie wiem dokąd- biegnę przed siebie. Chcę uciec. Chcę wreszcie odpocząć, wyspać się, zapomnieć. Nagle potykam się o wystający korzeń drzewa. Upadam. Nie podnoszę się- płaczę. Wiję się z bólu, czuję pulsujący ból w każdym najmniejszym kawałku mojego ciała. To dziwne, ale cierpienie rozprzestrzenia się zupełnie tak samo jak trujący jad. Wyję, wylewam z siebie potok łez. Ktoś krzyczy, próbuje mnie podnieść. Mocujemy się- jestem silna. Nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Jeszcze nie teraz. To jeszcze nie ten moment. Jakiś mężczyzna wpycha mnie do samochodu. Nie potrafię rozpoznać jego twarzy, wszystko przede mną się rozmywa. Jedziemy. Mogłabym pozostać w takim zawieszeniu. Jednak po pewnym czasie samochód się zatrzymuje. On otwiera drzwi kluczem, który wcześniej wyjął mi z torebki. Zabiera mnie na ręce. Kładzie do łóżka. Tak, to mój dom. Moje mieszkanie. Nasze mieszkanie? Mężczyzna przykrywa mnie kocem. Coś do mnie mówi, stara się ze mną rozmawiać. Nie słucham go, wyłączam się. Zamykam oczy. Trwam.

Czas. Wszyscy go znamy- dla jednych jest prześladowcą, dla drugich- wybawicielem. Dla mnie okazał się wielką luką, której nie sposób wypełnić. Przeczytałam wszystkie książki dwa razy, obejrzałam kolejny raz miliony odcinków moich ulubionych seriali. Wysprzątałam dom, zasadziłam nowe kwiaty, wypełniłam garderobę, przesłuchałam setki płyt. To wszystko na nic. Próbowałam wszystkiego: wszelkiego rodzaju używki, adrenalina, obce ciała. Przestałam czuć. Stałam się bezbarwna. Zatopiona. Przestańcie wreszcie mówić mi, że istnieje coś takiego jak akceptacja. Nie ma takiego słowa.

Jak długo może boleć ból?